Smęty pośniegowe na utraconej ścieżce…

Smęty pośniegowe na utraconej ścieżce…

7 marca 2020

Za oknem cicho pada styropian: jakby przez sitko, drobne, białe kuleczki. Aż dziwne, że takie bielutkie opada z burego, ciemniejącego nieba, chwilami powywa przenikliwy wiatr i jest, ogólnie mówiąc, paskudnie.

Zdążyłam jednak zrobić niejaki porządek na podwórku, choć kamienna ścieżka do furtki jest tylko namiastką tej, jaka była przed wizytą dziczego stada, jednak i to lepsze jest niż buchtowisko, jakie zastałam dwa tygodnie temu, jeszcze w zamarzniętym śniegu.

Dziś wchodziłam najkrótszą, stromą ścieżką przez las. Żeby na nią wejść (odkąd nowy właściciel poletka przy strumyku zagrodził nam te kilka metrów przejścia), trzeba teraz przedostać się przez dość głęboki potok, skacząc po kamieniach. Nie zawsze jest to możliwe, ale skoro śniegi już zeszły, wszystko dokładnie widać i taka przeprawa jest łatwiejsza, ostrożnie pokonałam więc podmokłą łąkę kępa po kępie i dotarłam do brzegu strumienia w jego najpłytszym miejscu.

Do tej chwili nie mogę pozbyć się tego „rękopadu”, którego doznałam na widok wykarczowanego terenu pod naszą górą, pewnie kolejny, ostatni już kawałek ziemi u wylotu naszej starej ścieżki zostanie sprzedany, ogrodzony i tym samym zamknięty dla nas na dobre. Jedyna droga, którą możliwe jest wejście na Siwy Groń podczas prawdziwej, śnieżnej zimy.

Wchodziłam nią dzisiaj z ciężkim sercem i ponurymi myślami. Dla większości właścicieli domów na Groniu pewnie nie będzie to problem, i tak rzadko przyjeżdżają tu zimą, niezależnie od ilości śniegu. Ale ja liczę na to, że po przepracowaniu potrzebnej ilości lat, będę mogła po prostu tu zamieszkać na stałe, jeśli oczywiście zdrowie mi na to pozwoli. Jednak i najlepsze zdrowie nie umożliwi mi wejścia na górę „Traperówką” w białej masie po uda, a przecież bywa i po pas. A utrzymanie mieszkania lub domu w mieście i do tego chaty w górach wykracza poza możliwości samotnego nauczyciela – emeryta.

Co robić, poszmędzę sobie trochę i pomilczę, niech się ten smutek wypstryka. Jakoś nie mam ochoty do nikogo dzwonić, czuję jakbym miała zrośnięte usta i nie cieszy mnie nawet widok ciemniejących gór za oknem. Przy piecu posiedzę, w ogień się pogapię, to czasem pomaga.

Nie jest łatwo być konsekwentnym wobec własnych marzeń, może po prostu trzeba znaleźć inne, łatwiejsze do zrealizowania?

  

6 thoughts on “Smęty pośniegowe na utraconej ścieżce…

  1. Smętnie i mnie się zrobiło. Tym bardziej, że coraz więcej jest miejsc, do których nie zaglądam, bo zmiany jakie tam zaszły przerażają mnie.
    Marzenia to ostatnie, co pozostaje. Nie wyzbywajmy się ich, Marylko.

    1. Własnie, właśnie…
      Nie chcę się wyzbywać, nie wiem tylko ile jeszcze trzeba przeciwności pokonać… ale mam zawsze tę myśl, że nie warto się wycofywać, bo a nuż za tym setnym zakrętem jest koniec kłopotów?

  2. Może spełnią się marzenia… Ścieżka nie zostanie do reszty ogrodzona, a Ty będziesz słuchać śpiewu ptaków i „lasu” 24 h na dobę 🙂

    1. Byłoby świetnie. Ale jakoś mam wątpliwości co do tego „nie do reszty ogradzania”… Wcześniej też dziwny facet nie ogrodził do końca, zostało wąziutkie przejście nad samym strumykiem na długość kilku metrów, ale przeszkadzało to, że czasem ktoś przechodził za siatką. Siatką przesunęła się więc między kamienie nad samą wodą i dojście do lasu zostało zamknięte.
      Ale fakt, tym razem może być inaczej. 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *