Podjazd, szambo i opał czyli Krzych gazduje… ;-)

Podjazd, szambo i opał czyli Krzych gazduje… ;-)

17 maja 2020

Hehe, dzień wcześnie się zaczął i postawił nas do pionu… leżącą sarenką.

Rozświergotane, słoneczne powietrze radośnie muzykowało za oknami, po nerwowym śnie w którym właśnie zrezygnowałam z koncertu bo otaczała mnie rzesza ludzi, a ja zdałam sobie sprawę, że to czas epidemii, wstałam skoro świt i z ulgą odkryłam rzeczywistość. Jestem w Chatce! 😀

Pokrzątałam się po izbie, rozpaliłam w piecu i przywitałam się z przeciągającym się w swoim kącie Krzysiem. Wyjrzałam za okno od strony pasieki Józka i w świetle porannego słońca zobaczyłam zwinięty w kłębek rudy kształt, jaskrawo odbijający się na tle zielonej trawy. Za daleko jednak było to coś, żeby stwierdzić co zacz, chwyciłam więc kompakcik mój i przybliżyłam obraz na zoomie. Hm, niewyraźnie, ale pokazywało obły, rudy kształt z jakąś białawą końcówką.

– Kurczę, sarenka? – zastanawiałam się. – Ale tak na odkrytej przestrzeni? A może to lis? Albo zając?

– Jak dla mnie to jakiś worek. – stwierdził zafrapowany Krzych. – Może ktoś coś wyrzucił, albo wiatr poniósł, wczoraj przecież nic tam nie było.

Nie dawało mi to spokoju, ja widziałam maleńką, śpiącą sarenkę. Zwierzę przecież mogło być zranione!

– Dobra, idę. – uznałam, wdziewając polar i kalosze w sieni.

– Czekaj, też idę, tylko się ubiorę. – usłyszałam, wychodząc już na werandę.

Przeszliśmy pod orzechem, rozglądając się po wiosennie rozkwitłej okolicy. Sąsiednie góry były jeszcze leciutko zaspane i przymglone, nad Grzebykiem snuły się rzadkie pasemka białych chmur, ale reszta nieba zachwycała już głębokim błękitem.

– Eee, to jednak zjawisko nieożywione, mamul. – mój syn przyglądał się rudemu czemuś.

W miarę zbliżania się i ja nabierałam pewności, że to żadna sarenka ani lis. Był to po prostu świeży karcz, pniak po ściętym ukośnie drzewie, błyszczący na rudo w porannej rosie i słońcu. Dziwne, że wczoraj w ogóle go nie zauważyliśmy, spacerując wokół szczytu Siwego Gronia.

Obśmialiśmy optyczne złudzenia współpracujące z wyobraźnią i odległością, obeszliśmy pasieki i wróciliśmy do domu okrężną drogą, od studni. Co dziwne, niebo w tym czasie zmieniło kolor, lekko przyblakło i pokryło się w połowie obłokami, które nawet przysłoniły słońce.

Przy studni zatrzymaliśmy się, żeby obmierzyć jaki kawałek pola musielibyśmy wydzierżawić od Zosi i paru innych, żeby zrobić podjazd do Chatki. Krzyś upiera się przy tym i nie widzi problemu, ale ja trochę wątpię w powodzenie tego przedsięwzięcia. Nasi sąsiedzi są sympatyczni, ale niekoniecznie kibicują wygodzie innych, szczególnie jeśli jest to wygoda większa niż ich własna.

Podpytywaliśmy już wczoraj. Kasi to nie przeszkadza, ale Zosia, słysząc o planowanym obniżeniu kawałeczka terenu (niecały metr kwadratowy) o dziesięć – piętnaście  centymetrów żeby wyrównać drogę, natychmiast uznała z zadowoleniem, że na to się nie zgodzi. Bo już Kostek obniżył zakręt drogi o metr, żeby zrobić sobie parking i teraz Zosia ma stromiznę do swojego domu. Na nic zdało się tłumaczenie, że jedno z drugim nie ma nic wspólnego i nasz podjazd – wzdłuż płotu Kasi – nawet nie zahaczałby o jej dojście, po prostu kawałeczek przy studni należy do Zosi i paru innych osób, więc pytamy ją o możliwość udostępnienia, nawet za opłatą. Odpowiedź brzmi „nie”.

– Ale dlaczego, Zosiu?

– Bo kiedyś tu było inaczej!

Dla mnie nie jest to ważne, nie muszę podjeżdżać autem pod sam dom, ale Krzyś nie składa broni. I dobrze, może coś zdziała, choć nie należy do ludzi stawiających z rozmachem flaszkę na stół w celu załatwienia sprawy.

Tymczasem wiosenny dzień pięknie trwa, a mój syn gazduje: na widok Józka w pasiece wdział swoje wielkie kalosze i poszedł załatwić z nim drewno na opał, Józek ma swój las i czasem wszak ścina suszki. I bez flaszki machniętej na stół, ba! nawet bez uścisku dłoni i w rozmowie z zachowaniem koniecznego dystansu zgodził się sprzedać nam trochę schnących już kłód, przeszli się do lasu, a po powrocie Krzyś z satysfakcją zakomunikował:

-Mamul, załatwione! Suszki są ścięte, pocięte na metrówki za dwa tygodnie je zwiozę.

-Super! – ucieszyłam się. – A jak z kasą?

-Przelewem zapłacę. – powiedział Krzyś, myjąc ręce w sieni.

-Przelewem? – zdziwiłam się, wietrząc dowcip.

-Nooo, flaszkę kupię. – roześmiał się mój zaradny syn.

Czyli jednak! Potrafi! 😉

Na fali powodzenia w gazdowaniu, Krzych zaczął analizować nasz teren pod kątem możliwości wykopania szamba, wskazałam mu więc jedyne według mnie odpowiednie miejsce, oddalone przepisowo od studni i na właściwej wysokości: za płotem, poniżej miejsca ogniskowego, gdzie jeszcze ciągnie się nasze poletko, ale już poza ogrodzeniem. Minus, że daleko i wykopanie samego szamba tudzież tunelu pod rurę w tej skalistej ziemi będzie robotą straszliwą. Dla Krzysia jednak to jest do załatwienia, zadowolony więc rozrysowuje układ rur i lokalizację odpowietrzników czy czegoś tam.

Większość sąsiadów ma już swoje łazienki, więc w tej kwestii chyba nie będą się boczyć. 😉   

2 thoughts on “Podjazd, szambo i opał czyli Krzych gazduje… ;-)

  1. A ja myślałam, że to jednak sarenka… Szkoda, bo widok byłby niesamowity. Nigdy nie widziałam jej śpiącej 🙂

    1. Sarniątko śpiące w takim miejscu (odkrytym, na środku łączki) musiałoby być albo ranne albo porzucone przez mamę.
      Cieszę się więc, że to był pieniek. 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *