Spojrzeć na inne, docenić własne… ;-)

Spojrzeć na inne, docenić własne… ;-)

7 czerwca 2020

Noc już, ciemna i bezsenna w ciszy miejskiego domiszcza. Ale uśmiecham się w tej ciemności, bo dzień był fantastyczny.

Rano dokończyłam spalanie w piecu ubiegłorocznych kartkówek i testów, starych dokumentów i rachunków, niszczarki jakoby nie posiadam, a tu przy okazji mogłam ogrzać dom, oszczędzając jednocześnie nieco drewna. Co więcej, siedzenie przy piecu i spoglądanie w tańczące płomyki też jest niemałą przyjemnością: wycisza, uśmiecha i rozpogadza.

Na śniadanie zjedliśmy grzanki z serem. Delikatnie przesmarowane masłem osełkowym i czosnkiem kromki wiejskiego chleba, lekko chrupiące, bardziej podprażone niż smażone na dużej patelni, z dodatkiem plasterka roztopionego żółtego sera, to Krzysiowe smaki dzieciństwa na Siwym Groniu. Do dziś ożywia się i rozmarza na myśl o takim śniadaniu lub kolacji, co dopiero na widok tegoż. Poza Chatką parę razy przyrządzał sobie ten przysmak sam, robiłam i ja, ale zawsze wtedy czuł lekki zawód.

– Wiesz, mamul, ja nie wiem na czym to polega, ale tylko na Groniu te grzanki smakują bajecznie. Może to kwestia tego pieca, zapachu palonego drewna w pakiecie? A może tego stołu, przy którym się je zjada? W kącie z łapami świerkowymi nad głową?

Taaak, i tym razem grzanki smakowały wybornie, nawet ja się skusiłam, choć zwykle wolę mój razowy chleb z twarożkiem i pomidorem. Miło było pochrupać je, siedząc i gawędząc przy oknach otwartych na rozświergotany las.

Nieśpiesznie uporządkowaliśmy swoje posłania, upchaliśmy do auta przygotowane wczoraj bambetle ze strychu. Wypełniły swoją smrodlawą starociowością każdziutkie wolne miejsce: przestronny bagażnik, tylne siedzenia i przestrzeń pod nimi, wielki połamany abażur usiłował wejść mi na głowę, a nadęty i zadowolony z siebie stary materac kokosił się pod moimi nogami. Nieco wykrzywieni pomiędzy wystającymi zewsząd gratami, wczesnym popołudniem ruszyliśmy w dolinę.

Na szczęście, do siedziby przedsiębiorstwa komunalnego nie jest daleko. Niebo siniało, ale oszczędziło nam prysznica, bez problemu wyładowaliśmy wszystkie graty w wyznaczonym miejscu na placu, po czym z wielkim ukontentowaniem  rozsiedliśmy się w pustawym samochodzie.

– Jedźmy przez Koniaków! – zaproponowałam nagle. – dawno nie jechaliśmy tamtędy, a trasa jest wręcz widokowa!

– Nie ma sprawy. – ucieszył się mój syn. – To może wstąpimy na Ochodzitą?

– Świetny pomysł, pooglądamy trochę inne widoki.

O tej porze jeszcze droga była dość pusta, fala turystów wracających z weekendu wylewa się zwykle po szesnastej, szybko więc dotarliśmy do Koniakowa i zatrzymaliśmy się na malutkim parkingu nad stromą skarpą. Z góralskiej karczmy naprzeciwko dochodziły już smakowite zapachy obiadu, ale minęliśmy ją i dziarsko wspięliśmy się na szczyt Ochodzitej. Było ciepło, choć słońce czasem tylko zerkało zza warstwy chmur. Wiatr zadziornie szarpał koszulki, chwilami przenikając chłodem. Widoki za to naprawdę były cudne.

– Trzeba przyznać, że mają tu ładniejsze widoki, niż my. – stwierdził Krzych, ogarniając wzrokiem przestrzeń dookoła. – No i wyżej tu trochę.

Niedaleko nas zatrzymało się czworo ludzi w średnim wieku, zachwyceni oglądali okolicę, a jedna z pań westchnęła:

– Wyobrażacie sobie mieć dom w takim miejscu? Ileż ja bym za to dała…

Krzyś i ja spojrzeliśmy na siebie z uśmiechem. Kiedy schodziliśmy, staraliśmy się omijać wchodzących, zachowując bezpieczny dystans, przyznam, że drażniły mnie osoby niemal wchodzące mi na plecy, nie lubię tego nawet bez szalejących wirusów, co dopiero teraz. Nad samą karczmą minęła nas kolejna grupka młodych ludzi (stłoczonych, a jakże!), głośno wyrażających zachwyt perspektywą posiadania domu na szczycie góry, a my znowu spojrzeliśmy porozumiewawczo na siebie.

– Tak czasem myślę, mamul, że z nas to jednak szczęściarze. To znaczy, szczęście, że ty kiedyś znalazłaś tę naszą chatkę.

– To prawda. – zamyśliłam się. – Niezależnie od wszystkich tych trudności, spartańskich warunków, ja tez się cieszę, że nadal mamy ten dom. No, tak: szczęściara ze mnie.

W doskonałych humorach i z aparatami pełnymi zdjęć wsiedliśmy z powrotem do Krzysiowej Vitary i ruszyliśmy w kierunku Wisły. W restauracyjce po drodze kupiliśmy niewielki obiad na wynos i zjedliśmy go w samochodzie, oglądając jednocześnie istny spektakl w przedniej szybie. Burza rozpanoszyła się nad horyzontem, a z sinego nieba zaczął siec deszcz.

– Pięknie, pięknie, ale trzeba jechać. – westchnął Krzyś. – Ile masz lekcji do przygotowania na jutro?

– Sześć, w trzy godzinki to ogarnę, bo już trochę mam.

Ogarnęłam, wszystko gotowe na jutrzejsze zajęcia. Krótki ten tydzień pracy, mam nadzieję, że w środę pod wieczór znowu zawitamy na Groń. Kolejny, wydłużony weekend zapowiada się sympatycznie acz pracowicie. Staszek przyjeżdża ku pomocy nam i ku wytchnieniu własnemu, cieszę się z tego bardzo, choć w obecnej sytuacji może nie powinniśmy ryzykować spotkań pozarodzinnych.

– Ale właściwie, wy ze Staszkiem jesteście jak rodzeństwo, więc wszystko gra! – pociesza mnie Kalina na wyświetlaczu smartfona.

U końca jednego weekendu czekam już więc na kolejny. Ja – szczęściara. 😊

 

2 thoughts on “Spojrzeć na inne, docenić własne… ;-)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *