Gdzie są łóżka, czyli o remoncie i dziecku… w remoncie. ;-)

Gdzie są łóżka, czyli o remoncie i dziecku… w remoncie. ;-)

20 czerwca 2020

Czas przemknął między stłoczonymi zapiskami w kalendarzu i niespodziewanie zrobił się znowu piątek. Jakoś przed południem Krzyś stanął w drzwiach mojego pokoju i zapytał:

– Mamul, masz dzisiaj jakieś lekcje?

– Nie, przecież w piątki teraz nie pracuję. – podniosłam głowę znad stosu kartek. – Właśnie skończyłam analizować i wpisywać oceny, a co?

– A to dobre! – parsknął mój syn. – W piątki nie pracuję, tylko analizuję i wpisuję oceny, sprawdzam wypracowania i przez cztery godziny przygotowuję lekcje na poniedziałek?

– Odpowiadam na maile uczniów, tłumaczę zadania tym którzy nie rozumieją i układam kolejne. – podchwyciłam żartobliwy ton. – Ale słyszałeś, że to nie praca a mój psi obowiązek, jako nauczyciela – nieroba!

Krzyś westchnął i machnął ręką.

– Dobra, lepiej nie kontynuujmy. Chooo, jedziemy na Groń!

W pół godziny byliśmy spakowani, Tosia zabezpieczona i wyposażona w swoje kocie jedzonko i kilka miseczek wody. Nie była jednak zachwycona, że znowu musi zostać sama, niespokojnie kręciła się pod nogami, wnikliwie analizując zapachy przygotowanych górskich butów.

– Nie martw się, pampetlu mały, niedługo i ty pojedziesz do chałupki! – pocieszałam ją. – Teraz jest hałas, bałagan i niebezpieczne narzędzia dookoła.

Pogoda fatalna, deszcz lał i siąpił na przemian, ale jechało nam się wesoło. Krzych nagle przypomniał mi:

– Zadzwoń do pani Kasi, spytaj czy czegoś jej tam nie wwieźć, w taką pogodę pewnie nie schodzi do sklepu.

– Aaa, racja. Bardzo się cieszę, że o tym pomyślałeś. – szybko wybrałam numer naszej sąsiadki.

Kasia czekała właśnie na przyjazd swojego syna i siedmioletniej wnuczki.

– Wwieźć? Ech, przede wszystkim Adama i Paulinkę. – westchnęła. – Cały dzień leje, nie wiem jak oni wejdą z tobołami, wiesz, Paulinka zostaje u mnie na tydzień, a ani Jarek, ani Marek nie mogą dzisiaj ich przywieźć.

– Nie ma sprawy, a o której będą? – spytałam, widząc przytakiwanie Krzysia za kierownicą.

– Serio?! – zdumiała się Kasia. – Naprawdę moglibyście ich zabrać?! Oni jadą z Warszawy, ale są już gdzieś na Śląsku.

– Jasne, wstąpimy tylko po zakupy i pchamy prosto w góry. Za półtorej godziny będziemy w Modrzewisku.

Nie musieliśmy nawet długo czekać, zgraliśmy się niemal idealnie. Adam z córką przyjechali pod dom pani Grażynki niecały kwadrans po nas. Zabezpieczeni maseczkami, w strugach deszczu przepakowaliśmy ich bagaże do naszego auta i, machając wycieraczkami, wspięliśmy się na Siwy Groń.

Krzysiowa „Suzi” bez problemu pokonała błotnisty szlak i wkrótce byliśmy na górze. Deszcz nieco zelżał, więc po lekkim posiłku zabraliśmy się do obudowywania ostatnio wstawionego okna. Mój syn przycinał listwy, a ja szlifowałam parapet, hałasowaliśmy więc jazgotliwie i nie słyszeliśmy nadejścia gości. Kasia, z Paulinką za rękę, stały więc chwilę przy schodach i przyglądały się naszej zawziętej pracy.

– No, no, zmienia się wam ta chata! – odezwała się sąsiadka, kiedy na chwilę przestaliśmy mechanicznie jazgotać. – Przyniosłam „pieska wdzięczności” dla Krzysia, naprawdę to wielka ulga, że Adam mógł z wami wjechać, szczególnie Paulinka nie lubi wchodzić tak stromo, co dopiero w ulewę.

Śliczna, czarnowłosa dziewczynka w kolorowej maseczce na buzi stała na progu, rozglądając się po zagraconej do granic możliwości sieni. Szlifierki, wiertarki, heblarka, kilka otwartych organizerów i skrzynek z narzędziami, wiaderka ze śmieciami, większe i mniejsze kawałki desek i listew, arkusze styropianu i niezliczone pojemniki z gwoździami i wkrętami – wszystko było wszędzie, zajmowało niemal całą podłogę, schody na strych, lodówkę, stół z baniakiem wody do mycia i szafkę-spiżarkę. Drzwi do izby były zamknięte, żeby choć tam pozostało w miarę czysto.

Paulinka przyglądała się temu wielkimi, brązowymi oczami i z lekkim niepokojem zapytała:

– A gdzie są łóżka?

Zapadła zdziwiona cisza. Kasia po chwili schyliła się, patrząc uważnie na wnuczkę.

– Jakie łóżka?

Roześmiałam się, wyobrażając sobie spanie w takim rozgardiaszu.

– Nie, Paulinko, w tym pomieszczeniu się nie śpi, dlatego nie ma łóżek. Chodź, pokażę ci, gdzie są. – otworzyłam drzwi do izby i założyłam swoją maseczkę.

Dziewczynka weszła za mną i ucieszyła się.

– O, jaki ładny jest wasz domek! Chyba ładniejszy niż nasz!

– Miło mi, że tak mówisz, nasz skromny domek jeszcze nie jest tak wygodny jak ten twojej babci, ale pracujemy nad tym.

Dziwi mnie nieustannie, że dzieci, które tu przychodzą, zawsze zachwycają się naszą chatką, orzekając, że jest „najfajniejsza” i „najładniejsza” ze wszystkich na Groniu. Nie przeszkadza im brak łazienki i dodatkowych pokoi, mam wrażenie, że tak pozytywnie odbierają po prostu nastrój tego miejsca, pewną przytulną domowość. Kiedy Krzyś był mały, też podkreślał, że tu jest „miłość w każdym kącie”. Chyba zresztą do dziś nie zmienił zdania. 😉

Do wieczora więc pracowaliśmy ochoczo, żeby ta nasza chatka zasługiwała na swoją dobrą opinię wśród małych – i nie tylko małych – ludzi. Kiedy zapadł zmrok, okno było gotowe, parapet napuszczony dwukrotnie impregnatem i nawet mogliśmy zawiesić tymczasową zazdrostkę. Niestety, z rolety musieliśmy zrezygnować, bo odstawała za daleko od ramy i nie moglibyśmy otwierać okna na oścież, a zaledwie do polowy szerokości.

– Nie ma sensu, znajdziemy gdzieś te płaskie rolety z patyczków bambusowych, okno musi się otwierać na całą szerokość. – zdecydowałam.

– OK, krótszą zazdrostkę też trzeba znaleźć. – dodał Krzyś i od razu dopisał dwie pozycje na naszej liście kolejnych zakupów.  

W sobotę postanowiliśmy podzielić się zadaniami, nie mogąc dojść do porozumienia w kwestii priorytetów. Ja uważałam, że przede wszystkim trzeba do końca zabezpieczyć zewnętrzną ścianę wokół okna, dziecię me paliło się już do budowania nowych drzwi. Co więcej, w kwestii samej konstrukcji rzeczonych drzwi nie zgadzaliśmy się we wszystkim, uznaliśmy więc, że zostawimy sobie nawzajem wolną rękę: Krzych zajął się drzwiami, a ja – zabezpieczeniem ściany i budową szafki na narzędzia. Natychmiast przestaliśmy się sprzeczać i atmosfera znowu zrobiła się sympatyczna.

– Masz zdecydowanie trudniejszą pracę, więc jeśli potrzebujesz pomocy w czymkolwiek, to mów. – zastrzegłam jednak.

– Okej, ty też mów, jakby co.

Wyrzynarka, piła tarczowa, szlifierka, heblarka i wkrętarko-wiertarka warczały, furkotały i jazgotały od dziewiątej rano, a deszcz uparł się, żeby uprzykrzyć nam nieco pracę i przypominał o sobie od czasu do czasu dokuczliwie. Byliśmy jednak nieugięci, konsekwentnie robiliśmy co zaplanowane, doradzając sobie nawzajem i po raz pięćdziesiąty piąty pomagając w odnalezieniu ołówka albo młotka. Ołówki były trzy i młotki trzy, ale kiedy były potrzebne – uciekały wszystkie i chowały się przed nami w najmniej oczekiwane miejsca, wnętrza spiżarki nie wyłączając! 😉

Zaschnięta i kruszejąca na słońcu pianka bywa świetną kryjówką dla owadów, nie chciałam więc, żeby pozostawała długo na wierzchu, dokładnie uszczelniłam i zabezpieczyłam ciasno listwami wklęsłości między balami tworzącymi ścianę. Pozostało mi je jedynie pomalować, ale to już zostawiam na następny raz. Szafkę na narzędzia zbiłam wstępnie już jakiś czas temu, teraz musiałam przyciąć ją, żeby zmieściła się pod nowym oknem, wzmocnić konstrukcję i dodać drzwiczki uchylne. Prawie wszystko zrobiłam, ale zapomniałam o krótkich wkrętach do zawiasów, na następny raz zostawiłam więc doszlifowanie drzwiczek (nie było czym, Krzyś akurat potrzebował maszynki) i przytwierdzenie ich do szafki. Jakieś uchwyty też mi się przydadzą, jako kolejne pozycje ubogaciły więc listę zakupów.

Krzyś konstruował nowiutkie drzwi od strony werandy, zmieniając na bieżąco koncepcje i rozwiązania, po odgłosach rozpoznawałam, czy trafione, czy niekoniecznie:

– Kurde! Miało pasować! – głos zirytowany, jasne, że coś nie wyszło.

Ale po chwili rozlegało się pełne satysfakcji:

– Aaa-ha! Mam cię! – i wiadomo, że w końcu się udało.

I przy drzwiach parę rzeczy zostało dopisanych do listy, parę rzeczy trzeba dokończyć i udoskonalić, ale jestem zachwycona, że wyszło jak wyszło. No i ten nowy próg! Moje ulubione miejsce do zasiadania z kawulką o poranku było już mocno zniszczone, po zerwaniu wierzchniej deski zobaczyliśmy przeżarte, spróchniałe na dobre dziesięć centymetrów w głąb grubaśnej belki miejsce, oczyściliśmy je więc i wybraliśmy pełne wiaderko próchna. Ofukałam to dokładnie preparatem na korniki i pobratymców, po jakimś czasie można było uzupełnić zdrowymi kawałkami drewna i uszczelnić pianką przed nabiciem nowej, zaimpregnowanej solidnie dechy.

Przyznam, że ten próg już strasznie kłuł mnie w świadomość (hmmm… i nie tylko), tym bardziej więc jestem zachwycona. Jest cudnie.

– Krzychu, już siódma! – stwierdziłam w końcu, ze zdziwieniem patrząc na zegar. – Te wskazówki tak same z siebie, czy je popychałeś?!

– Nie tykałem, one same…tykały. – skonstatował Krzyś. – To czas zbierać zabawki i zamknąć nowe drzwi na klucz!

Wróciliśmy już po zmroku, Tosia znowu skrupulatnie obwąchała nasze buty, ciekawe czy jeszcze pamięta zapach Siwego Gronia. Ciekawe, czy rozpozna miejsce, odnajdzie swoje ubiegłoroczne kryjówki?

Zobaczymy, tymczasem pora zanurzyć się z powrotem w papierzyska i wlepić oczy w monitor. 😉

6 thoughts on “Gdzie są łóżka, czyli o remoncie i dziecku… w remoncie. ;-)

  1. Maryla bardzo się cieszę, że z taką radością i pasją remontujecie chatę. Budowlaniec się nie czepia.😄
    Ps. Masz lekkie i zabawne pióro.😘

  2. Tak, Zosia ma racje – ostatnia fotka – rewelacja!!! gratulacje 🙂 Uwielbiam drewno i ten zapach…mmm…jak wrocicie nastepnym razem to juz bedzie sliczna pogoda i mnostwo wolnego czasu..(?)

    1. Dzięki. Cieszę się, że i innym podoba się to co robimy (choć pewnie fachowi budowlańcy mogliby mieć mnóstwo zastrzeżeń, hehe…).
      Z tym wolnym czasem to jeszcze trochę trzeba poczekać, czeka mnie teraz bardzo gorący czas w pracy, ale jak każdy – szybko minie. 🙂

  3. Ostatnie zdjęcie jest niesamowite!!!
    Krzyś ma rację – zazdrostka musi być krótsza, bo ta zasłania mi widok 🙂
    Szafka na narzędzia i próg (nie mówiąc o drzwiach ) – rewelacja!!!
    Cieszę się razem z Wami 🙂
    Ps: Z Kasi to porządna kobieta, jak nie zapomniała przynieść „pieska wdzięczności” 🙂

    1. Tak, tak, zazdrostkę mieliśmy akurat tylko taką, ale to tymczasowa sprawa. Będzie krótsza i raczej w geometryczne wzory, a nie kwiatki.
      A Kasia to naprawdę fajna kobitka. 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *