Pa, Klotyldo i wędrówka mimo woli… ;-)

Pa, Klotyldo i wędrówka mimo woli… ;-)

16 lipca 2020

To dziwne, ale Klotki nadal nie ma, nie pokazuje się od akcji zadymotwórczym duetem przeciwko dzikom, wygląda na to że i ona zwiała gdzie paproć rośnie, skoro wyżarła już u mnie wszystko co wyżreć mogła. Ba! Zauważyłam ze zdumieniem, że na odchodne połasiła się jeszcze na liście i – mimo kolców – łodygi róż, zostawiła jedynie marne, kilkunastocentymetrowe resztki. Zdumiewające, że przełykowi jeleniowemu nie stanęło nic kolcem podczas konsumpcji, ale widać Klotylda żyje w myśl zasady „chcieć to móc”. Da sobie radę dziewczyna.

A mnie nie pozostało nic innego, jak poprzycinać starannie obgryzione i poszarpane końce łodyg, może krzewy róż jeszcze się odrodzą i w przyszłym roku zakwitną?

Połowa dnia wczoraj upłynęła mi na niespokojnym oczekiwaniu na ważne wieści od Krzycha, na wszelki wypadek spakowałam parę istotnych rzeczy i zatrzymałam Tosię w domu, gdyby sytuacja wymagała naszego natychmiastowego wyjazdu, dopiero wczesnym popołudniem mogłam spokojniej odetchnąć i, wypuściwszy zniecierpliwioną kotę na zewnątrz, wybrać się po zakupy.

Z pewnym wahaniem założyłam moje nowe, nierozchodzone jeszcze wystarczająco buty, ale uznałam, że i ja nie jestem jeszcze dość „rozchodzona” po paromiesięcznej przerwie, by decydować się na dalsze wyprawy. Te sześć kilometrów do sklepu pani Izy absolutnie mnie satysfakcjonowało, powrót taksówką to przecież żaden wstyd, szczególnie jeśli taszczy się na plecach kilka kilogramów zakupów, a żar leje się znad głowy. 😉

Lekko i ochoczo zeszłam do Modrzewiska, grzechocząc tic-takami i przystając od czasu do czasu, by pstryknąć zdjęcie górom, potokom i leśnym kwiatkom zalanym słońcem.

Upał najwyraźniej pozamykał mieszkańców w domach, przemaszerowałam całą wieś bez najmniejszego „dzień dobry”, pierwsze usłyszałam dopiero od pani Izy wychylającej się zza kolumny skrzynek z piwem.

– O, a co pani tak późno dzisiaj, pani Marylko? Koperek się kończy! – przywitała mnie, na pewno uśmiechnięta jak zwykle, tyle że zza maseczki nie było tego widać.

– Ano, wcześniej nie mogłam, a już owoców mi zabrakło, trochę tu pani z półek wymiotę. – założyłam rękawiczki i zaczęłam wrzucać do koszyka dorodne brzoskwinie.

Sześć pomarańczy, dwa kilo jabłek, kilka nektaryn, kilo ciemnych i jasnych winogron i tyleż czereśni, koszyczek borówek i trzy banany, do tego „wolnowybiegowe” jajka i dwa wędzone pstrągi, a na okrasę ogórki małosolne no i ten kultowy koperek – wylądowały wkrótce w moim plecaku.

– Oho, dobrze że Krzyś terenówkę kupił. – zaśmiała się pani Iza, patrząc jak z trudem zakładam ciężki ładunek na plecy. – Jakby pani miała to dźwigać…

– Dzisiaj go nie ma, muszę wtaszczyć to na górę sama. No, ale do Baraniego przynajmniej taksówką podjadę, do widzenia pani Izo! – pożegnałam się z humorem i dziarsko ruszyłam na pobliski postój taxi, z którego chwilę wcześniej odjechał pan Bronek.

Czekając na jego powrót, usiadłam na ławce i wyciągnęłam z torby butelkę wody. Była już średnio zimna, zastanowiłam się więc nad zakupem nowej, ale uznałam, że już mi się nie opłaca, te pół butelki stanowczo wystarczy mi na przejście ścieżką na Groń, postanowiłam w tym skwarze wchodzić zacienionym lasem, najkrótszą drogą.

Czas mijał, a żadna taksówka nie podjeżdżała, zadzwoniłam więc do pana Bronka.

– Pojechał pan gdzieś daleko? Widziałam jak pan odjeżdżał niedawno, kiedy będzie pan z powrotem?

– O, pani Marylko, przykro mi, ale jadę właśnie do Katowic, już mnie dzisiaj nie będzie. Zenek chyba jeździ, proszę do niego zadzwonić.

Pan Zenek jednak nie odbierał, autobusy do Modrzewiska już nie kursowały a pozostali taksówkarze byli po pracy i wypoczywali przy piwku, nie zastanawiając się więc długo, podniosłam swe jestestwo z ławki i ruszyłam w drogę.

Słońce wciąż prażyło niemiłosiernie, nierozchodzone buty zaczęły delikatnie się buntować i uciskać stopy, a woda w butelce skurczyła się w połowie Modrzewiska do jednego, ostatniego łyka, który postanowiłam zachować aż do Bramy Mocarnych. Owszem, miałam w plecaku całe kilogramy soczystych owoców, ale nie było szansy na umycie ich.

Postanowiłam nie pękać i nie narzekać. Czyż to pierwszy raz? Wizja Tośki zostawionej przed domem podziałała na mnie jako ten bicz na jucznego osła i całą, niełatwą trasę pokonałam szybciej niż mogłam się spodziewać: kwadrans przed dziewiętnastą, zmęczona i spocona, ostrożnie stawiając obolałe stopy, dotarłam do drzwi chatki.

Tośka pojawiła się natychmiast, nie musiałam jej nawet nawoływać, z ulgą otworzyłam drzwi i zdjęłam z ramion ciężki tobół.

Nie wystarczyło mi cierpliwości, by doczekać podgrzanej wody, zrobiłam więc sobie szybki, chłodny (acz bajeczny!) prysznic i wyciągnęłam się na leżaku, z nogami na balustradzie werandy  i szklaneczką świeżej, zimnej źródlanki w dłoni. No, cudnie!

Dziś od rana pada deszcz, ale po południu ma się rozpogodzić, tak przynajmniej pokazują prognozy. Liczę na to, bo planuję podchody z Kasią i jej wnukami, wszystko już mamy przemyślane i przygotowane, a chłopcy pojutrze wyjeżdżają.

Tymczasem siedzę więc w domu, obserwuję z uśmiechem Tosię bawiącą się swoją piłeczką i słucham grania kropel na deskach werandy. Góry za płotkiem są zamglone i mokre, niebo całe w szarych chmurach, a ptaki zamilkły i pochowały się pod parasolami liści. Co jakiś czas jednak deszcz cichnie, a spomiędzy sinych poduch przeciskają się świetliste promyki, zieleń traw staje się wtedy nienaturalnie jaskrawa a powietrze razi w oczy.

Stopy już nie bolą, po wczorajszej wędrówce pozostały na nich tylko dwa niewielkie pęcherze, za to zapasy owoców wystarczą mi na kilka następnych dni. Kolejne zakupy planuję dopiero w poniedziałek, tym razem na pewno wybiorę się rano, kiedy autobusy i taksówki śmigają, aż miło. 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *