Podchody, czyli współdziałanie na wesoło… :-)

Podchody, czyli współdziałanie na wesoło… :-)

18 lipca 2020

Sobota rozgościła się za oknem mglista i chłodna. Powietrze jest takie ciche i rześkie, ale siedzenie na werandzie z kawą nie wypaliło, ziąb ciągnie nieprzyjemnie od ziemi.

Tośka przemogła swoje kocie niechęci i przemierza mokre trawy w poszukiwaniu zdobyczy, a ja mam skrytą nadzieję, że jej łowy będą nieudane. Jak dotąd, raz tylko przytargała do izby piszczącą ryjówkę, ale na szczęście szybko udało mi się stworzenie złapać i wynieść do szopy po sąsiedzku. Uch, nie cierpię gryzoni w domu.

Dziś mogę wypoczywać do woli, zostało mi jedynie zamieść i odkurzyć dokładnie podłogi przed jutrzejszym przyjazdem koleżanki. Cieszę się, że udało nam się jednak zgrać terminy i Jola w końcu dotrze do mnie na parę dni.

Dlatego wczoraj wybrałam się jednak po zakupy, mimo obolałych jeszcze po niedawnej wędrówce stóp, zaopatrzyłam się w kilka ważnych podczas pobytu gości produktów. Jolka będzie tu po raz pierwszy, nie znam jej zwyczajów ani preferencji kulinarnych i w ogóle nie znam jej zbyt dobrze, lubię ją i cenię jako dobrego, inteligentnego człowieka i utalentowaną poetkę, mam jednak nadzieję, że będzie potrafiła funkcjonować w tych szorstkich, spartańskich warunkach górskiej chaty. Hm, w dodatku obecnie pozbawionej elementów typu róże i paprocie, które dodawały chatce uroku i nieco bajkowej aury. Kikuty po Klotyldzie sterczą, wrrrr…

Patrzę na podwórko Zosi po sąsiedzku i nie mogę zrozumieć, dlaczego taka łania pożera u mnie wszystko cokolwiek łodyżkę wychyli z ziemi, a kilkanaście metrów dalej – bez umiaru pysznią się wielkie różane krzewy i gęste rabaty kolorowe od lilii i malw. Ktoś tę Klotkę na mnie szczuje, czy jak?

Ech, ta dzisiejsza mgła i szare niebo chyba działają na mnie tak dołująco i smętnie, wczoraj jednak popołudnie spędziłam bardzo wesoło, na wspomnienie podchodów trudno się nie uśmiechnąć.

Ruszyłam ze starszym wnukiem Kasi, piętnastoletnim Piotrem, dźwigając w przepastnej torbie wszystko co może przydać się do takiej zabawy: blok rysunkowy, pisaki, nożyczki, taśmę klejącą, sznurek, saperkę i ze sto innych rzeczy, nie zapominając o najważniejszych elementach typu batoniki i cukierki mające zachęcić i nagrodzić drużynę poszukujących czyli Kasię i Aleksa.

Zaczęliśmy grę prostym wierszykiem, schowanym w nadprożu drewutni Kasi:

„U płotu rosła sosna – zielona niczym wiosna. Dziś płotu nie ma już, lecz wieści ważne – tuż!”

Oczywiście, wiedzieliśmy, że znalezienie sosny z kolejną wskazówką nie będzie stanowiło dla nich problemu: rośnie przy zwalonym przęśle płotu, a wiosenną zielenią jej igieł niedawno się zachwycaliśmy. Do pnia sosenki przytwierdziliśmy złożony w malutką kostkę arkusz papieru z opisem miejsca przypominającego dzwon, które „zabrzmi blaszanym gongiem”… i pośpieszyliśmy zapowiedziane dwadzieścia kroków ku wiadru przy studni, do jego dna przykleiliśmy kolejną karteczkę, kierującą do „miejsca w którym odpoczywają pracowite stworzenia w paski”, czyli pasieki Józka.

Niemal dwie godziny wędrowaliśmy tak po Groniu, przyglądając się wnikliwie wszystkiemu dookoła, szukając przenośni, porównań i wymyślając zadania, których rozwiązania trzeba było odesłać sms-em do „bazy M” lub „bazy P”. W dwóch miejscach zakopaliśmy szczelnie zapakowane w foliowe woreczki batony na pokrzepienie zawodników, a cała ta akcja kombinowania i wymyślania trafnych określeń tudzież rymowanek była naprawdę świetną zabawą. W końcu wróciliśmy niepostrzeżenie do mojego domu, i stamtąd już wysłaliśmy pierwszą, esemesową wiadomość o schowanej w drewutni wskazówce numer jeden.

Kasia z Aleksem wyruszyli na poszukiwanie, a ja i Piotrek – zajęliśmy się produkcją medali pamiątkowych.

– O, znaleźli kartkę na orzechu! – ucieszyłam się, widząc przez okno wymachującego arkusikiem i biegnącego z radosnym okrzykiem ku babci Aleksa.

Piotrek podszedł szybko do mnie i obserwował ich chwilę zza firanki.

– Ha, ciekawe czy za pasieką znajdą właściwe wejście między drzewa, tam gdzie „patrzy na nich niebo”. – roześmiał się.

– Jeśli tak, to zaraz powinniśmy dostać pierwszego esemesa z zadaniem do akceptacji, ciekawe jakie potrawy z miodem wymyślą. – zawtórowałam młodemu wspólnikowi śmiechem. – Ale nie powinni mieć wielkiego problemu.

Jakąś godzinę później medale były dawno gotowe (zawieszone na zielonych tasiemkach wyglądały naprawdę ładnie), a na umówionej mecie – czyli mojej werandzie – zjawił się zasapany, przejęty i zadowolony Aleks, dźwigający torbę z zebranymi po drodze elementami gry.

– Melduję, że zadanie wykonaliśmy, wszystkie kartki, pinezki, woreczki zebraliśmy! – zawołał. – Ale było fajnie!

Chwilę po nim zza domu wychyliła się sylwetka Kasi, machająca wesoło kolejną torebką:

– Szyszkę i batoniki też mamy, zostawiliśmy sobie na później!

Dobry kwadrans siedzieliśmy jeszcze roześmiani na werandzie, dzieląc się wrażeniami, wypytując i opowiadając sobie odszukiwanie kolejnych elementów.

Tak, to była świetna zabawa, zresztą zawsze jest świetna, jeśli tylko ma się odrobinę chęci i wyobraźni tudzież podstawową znajomość możliwości współgraczy. Nikt tu nie jest przeciwnikiem, a celem nie jest pokonanie ani „zagięcie” kogoś, a jedynie dostarczenie sobie i innym rozrywki, może dlatego tak lubię tę grę. Zdecydowanie stawiam współdziałanie ponad rywalizację, ta ostatnia nigdy przecież nie jest „zdrowa”, nawet w sporcie, a samo nazwanie jej taką to czysty oksymoron.

Tośka z głośnym tupaniem przebiegła werandę, przesadziła parapet jednym susem i wpadła do izby, a jej napuszony na podobieństwo wiewiórczej kity ogon świadczy o tym, że właśnie napotkała jakiegoś przeciwnika. Teraz będzie ceremonia mycia mokrego futerka i parę godzin snu w pozycji rogala.

A mój wzrok padł był na zeschnięte, poszarzałe łapy świerkowe w drewnianym cebrzyku na półce nad stołem… o rany, wyglądają okropnie, trzeba kalosze wdziać i w las wędrować! Przynajmniej mam pretekst do wyjścia z domu i połażenia trochę po Groniu, dobrze będzie w izbę wnieść trochę świeżego, żywicznego zapachu. 😊

    

3 thoughts on “Podchody, czyli współdziałanie na wesoło… :-)

  1. Och! Jak dobrze mi się wypoczywa czytając Twoją „przyszłą książkę” 🙂 Dobrze, że to nie koniec, bo mam następną opowieść o odwiedzinach Joli !!!

  2. Uwielbialabym ciocie Marylke za takie pomysly!! Szczsciarze, bo „doroslemu sie chce”…beda miec wspomnienia do konca zycia…super zabawa.. 🙂

    1. Ha, no właśnie ja się dziwię, że ludziom się aż tak nie chce. To naprawdę żaden wysiłek i żadna sztuka, a frajda ogromna, dla dorosłego też. 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *