Sień czy „prasowy”, czyli oddech po remoncie. ;-)

Sień czy „prasowy”, czyli oddech po remoncie. ;-)

24 sierpnia 2020

Długo mnie nie było. Remont chatki zabrał mi trzy pełniutkie tygodnie, z trudem wygospodarowywaliśmy czas na spanie i posiłki, o pisaniu nie było więc mowy. A teraz – niby czasu mam więcej, ale postronki w systemie nerwowym ciągną zbyt mocno, okazało się bowiem że znowu trzeba mi szukać pracy.  

W chatce zmieniło się sporo i niewiele zarazem, bo tylko jedno pomieszczenie: nasza stara sień. Łazienka ciągle w rozsypce, tam nie udało nam się zrobić nawet podłogi, za to zlikwidowaliśmy stary, ciężki strop z belek zalegający w komórce na wysokości metr sześćdziesiąt parę, co dyskwalifikowało to pomieszczenie w kwestii ewentualnego użycia go jako mieszkalnego. Teraz są tam już nowe belki stropowe – na wysokości właściwej – i wąski pasek gotowego sufitu z zamocowanym oświetleniem. I niewielkie okno w części łazienkowej.

Za to sień – zyskała miano „prasowy” od mojej rozmowy z siostrą cioteczną, która w zachwycie spytała:

– Marylka, na tym zdjęciu to jakiś salonik nowy jest? Śliczny!

– Niee, Aniu, to właśnie nasza sień. – zaśmiałam się. – Chociaż po urządzeniu będzie służyć i jako salonik, prasowy szczególnie. Na narożniku będzie można posiedzieć i poczytać, a jakże!

Krzyś wymarzył sobie ten narożnik, sami go zrobimy: drewniana sofa z uszytymi przeze mnie poduchami i dość dużym stołem, którego blat będzie można w razie potrzeby doczepić do siedzeń i wykorzystać jako łóżko. Staszek zresztą już wyraził wielką chęć sypiania tam, i jemu spodobały się efekty naszej pracy.

Sam zresztą wydajnie przyczynił się do tychże efektów, tnąc, wiercąc, heblując, przykręcając i przybijając co się da w tej najtrudniejszej, najcięższej fazie prac: likwidacji starych i zakładaniu nowych stropów w sieni i komórce. Nie wyobrażam sobie, jak poradzilibyśmy sobie z Krzychem bez niego.

Cały remont sieni ciężki był, chwilami dołujący mocno i rękopad powodujący, ale i wesołych chwil nie brakowało. Zawarliśmy znajomości z większością właścicieli tartaków w okolicy, wiemy już gdzie warto kupować podłogówki a gdzie belki i kantówki tudzież który tartak omijać szerokim meandrem.

Niektóre zamówione przez nas listwy podbitki na jednym końcu miały 20 milimetrów grubości, a na drugim 30, pióra od połowy wyłamane albo wpust zanikający, oheblowane były w części większej albo mniejszej… A i rozmowy o kosztach bywały różne:

– To ile będzie za te deski?

– A nie wiem, dużo nie wyjdzie!

– No, ale mniej więcej? Muszę przecież wiedzieć ile przygotować.

– A, to się potem policzy.

Oj, tanio nie wychodziło, a to przecież nie tylko drewno: każda pucha impregnatu, pędzle, gwoździe, wkręty i dziesiątki innych drobiazgów powodowały zdumienie na widok kolejnych sum na paragonach i zatrważająco szybkie topnienie środków na koncie.

Zatrważający był też nieład w domu, nie tylko w remontowanej części, ale i w izbie trudno było się poruszać, wszędzie poustawiane były pojemniki z pianka, pudełka z wkrętami i narzędzia. A gwoździe zrobiły się tak wszędobylskie, że znajdowałam je między stronami książki, kładąc się wreszcie spać i chcąc choć na chwilę oderwać się od tej remontowej rzeczywistości. Gwoździe nie pozwalały i na to.

W któryś z upalnych dni, podczas przykręcania belek nowego stropu, siedzący na brzegu odkrytego strychu, brudny i spocony Staszek rzucił smętnie:

– Wiecie, jakoś straciłem poczucie gór dookoła.

Właśnie tak: nie było okazji, żeby wyjść, rozejrzeć się i zachwycić jak zwykle. Czas wpadł w najszybszy ze swoich biegów, cwałował jak oszalały, a zegar pokazywał zawsze kilka godzin później, niż się spodziewaliśmy.    

Kiedy Staszek wyjechał po kilku dniach wytężonej pracy, pozwoliliśmy sobie na lekki popołudniowy oddech i krótki odpoczynek na werandzie. Ja zasiadłam na leżaku z książką, Krzyś – wypróbowywał nową lornetkę, przeczesując wzrokiem rzadkie świerki na szczycie Grzebyka.

– O, widzę ludzi! Tam na zboczu ktoś pcha wózek!

– Wózek? Z dzieckiem? – zdziwiłam się.

– No, chyba z dzieckiem. Spaceruje sobie, ale tak dziwnie, od płotu do płotu… – zastanawiał się głośno Krzyś. – Przy tej chacie z zielonym dachem, wiesz…

– Oj tam, daj spokój kobicie z dzieckiem, niech sobie spaceruje do woli.

– Kiedy to nie kobita, to chyba facet jest, kapelusik taki ma… ale czemu on tak wędruje tam i z powrotem?

– No, wiesz… jak dziecko nie chce spać, to się czasem jeździ tam i z powrotem.

– O, coś takiego! – wykrzyknął Krzych zdumiony. – To nie dziecko, to kosiarka! On kosi trawę!

Po tych obserwacjach mój syn jakoś stracił zainteresowanie lornetką, a ja mogłam spokojnie oddać się lekturze. 😉

Kolejne dni to była prawdziwa harówka po kilkanaście godzin dziennie, przerywana tylko krótkimi posiłkami, które przyrządzałam na kuchence elektrycznej ustawionej na werandzie. Oj, zapachy niosły się daleko, na szczęście żaden miś nie zabłąkał się w nasze rejony, tylko Klotylda wiecznie szwendała się po podwórku i uparcie odgryzała nowe liście paprociom i łodygi różom. Musieliśmy się śpieszyć, żeby zamknąć i zabezpieczyć sień, wiedzieliśmy już, że tym razem nie zdążymy zrobić łazienki, tak zwane niespodzianki – nieuniknione jednak przy remoncie starego domu – zabrały nam sporo czasu, wysiłku i pieniędzy. Dopiero po zerwaniu zewnętrznych desek odkrywaliśmy przepróchniałe części bali, trzeba było je wycinać, oczyszczać i nadbudowywać, co zabierało całe długie godziny.

Trudno, remont komórki przesunie się na wrzesień albo październik, kiedy Krzych skończy swoje zlecenia.

Niemal wykończona sień cieszy nas i tak ogromnie. Nic to, że bałagan jeszcze, belki i legary leżą na środku, na ścianie tymczasowo wisi stara, prowizoryczna półka, a stół pokryty jest nieco zniszczoną ceratą. To drobiazg, doprawdy! 😊

6 thoughts on “Sień czy „prasowy”, czyli oddech po remoncie. ;-)

  1. Bardzo rozbawiła mnie ta kosiarka (cały dialog) 🙂 Ale początek (znowu szukanie pracy) – mnie zmartwił. Nie mogę pojąć, jak człowiek wykształcony nie może w naszym państwie znaleźć pracy. Maryl, trzeba było skończyć zawodówkę (ironia). Boże dziękuję Ci, że nie muszę już pracować, albo szukać pracy. Emerytura niewielka, ale jak na razie jest (nie wiem jak długo, bo jak będzie jakieś następne 500+ to i tego może braknąć)….

    1. Haha, mnie też rozbawiła „kosiarka z dzieckiem”. 🙂
      Co do pracy – jeszcze tli się we mnie nadzieja, ze do jutra coś drgnie i okaże się, że w tej ostatniej szkole znajda się godziny dla mnie. Wiem, że uczniowie by tego chcieli, Dyrekcja także. Niestety, w ramach oszczędności – przyszedł nakaz, by połączyć mniej liczne klasy (absurd w czasie pandemii!), stąd w wielu miejscach kolejne zwolnienia nauczycieli. Wbrew temu, co propagandowe media twierdzą…

  2. Wnętrze zmienia się nie do poznania. Aż trudno uwierzyć, że poradziliście sobie bez odpowiedniej ekipy pracowników. Satysfakcja ogromna.
    Mówisz, że nadzieję zostawiłaś na warcie. Podoba mi się. Pozwolisz, że zapożyczę 🙂

    1. Jasne, Basiu, zapożyczaj. 🙂
      To prawda, satysfakcja jest ogromna, ale poczuję jej smak dopiero kiedy już odzyskam w pełni siły i spokój… 😉

  3. „Stracilem poczucie gor…”…wiem…ja pamietam siebie sprzed 15 lat, kiedy to zachwycily mnie widoki , ktore teraz widze codziennie…a nawet 2 razy dziennie i dluzej bo sie tu przenioslam…jak sie goni wczorajszy dzien, to zachwyty diabli biora…ale zawsze jest nadzieja, ze beda dni, kiedy sie po prostu zwolni…czego Ci zycze…:)

    1. Hm, właśnie. Niby diabli biorą, ale te zachwyty jednak są, siedzą głęboko i na stałe, choć w natłoku różnych spraw schodzą na drugi plan.
      Nie zdążyłam się ponapawać, nacieszyć i pozachwycać, a trzeba było posprzątać i wyjechać. Nadzieja została na warcie. 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *