W poszukiwaniu tartaku i węgiel na Groniu… ;-)

W poszukiwaniu tartaku i węgiel na Groniu… ;-)

25 sierpnia 2020

Ech, nie jest to najlepszy czas na poszukiwanie pracy… Dziwią się znajomi niepomiernie, podobno tylu anglistów brakuje, ale gdzie? Rozsyłam podania i CV, dzwonię, dopytuję się i odpowiadam na oferty ze strony kuratoryjnej.

Nic.

Jakoś tam ciągle mam nadzieję, że nabór nagle się zwiększy, że w ostatniej chwili godziny dla mnie znajdą się jednak i na ten rok szkolny, naprawdę świetnie pracowało mi się w ostatnim LO.

Tymczasem zdążyłam wyprać, wysuszyć, wyprasować i spakować na kolejny wyjazd wszystko tkaninowe i tkaninopodobne, co przywieźliśmy z Chatki. Brudy i podsmrodlawce zamieniły się w czyściochy i pachniochy, pościel gotowa do posłużenia nam i kolejnym gościom, ręczniki kuszą miękkością i delikatnym zapachem, musiałam upchnąć je ciasno do wielkiej torby i wsunąć pod krzesło, żeby Tośka nie właziła na nie, ugniatając uparcie. 😉

Teraz dopiero składam sobie w pamięci wydarzenia ostatnich tygodni, jakby wcześniej wtłaczane były w pośpiechu do wielkiej szuflady – bez ładu i składu, byle zmieścić. Porządkuję je teraz, układam starannie i przyglądam się uważniej, wspominając z uśmiechem.

– Ahoj, jedziemy na dół, wwieźć wam coś? – pewnego dnia zatrzymaliśmy się na widok Mateusza robiącego porządki przy swoim domu.

– Niee, nie trzeba, chyba wszystko mamy. – zastanowił się sąsiad. – Ale dzięki.

– Zaraz, zaraz… – zza domu wyszła Lilka z grabiami. – A może węgiel?

– Nie ma sprawy, jaki chcecie: brykiety czy zwykły?  – dopytałam. – Mniejszą czy większą torbę?

– Eee, tak ze trzy worki byśmy potrzebowali, po dwadzieścia pięć kilo, są takie u Wiecha.

Krzyś parsknął śmiechem na widok mojej rozdziawionej miny.

– Aaa, to nie chodzi o drzewny?! Prawdziwy węgiel?! – upewniłam się.

– Jak najbardziej, jeśli to nie kłopot, oczywiście.

– Nie ma sprawy, przywieziemy węgiel. – krzyknął wesoło Krzyś. – Jakby się wam coś jeszcze przypomniało, to dzwońcie!

Jakoś zjawisko węgla na Groniu kompletnie mi nie pasuje, przyjęłam za oczywiste, że chodzi o opał grillowy. Krzyś przypomniał mi:

– Faktycznie, oni przecież opalają węglem, pamiętasz tych nieszczęśników u nich co wrzucali dziesiątki zapałek do zapchanego węglem pieca i się dziwili, że się nie chce palić?

– Aaa, racja, wtedy w Sylwestra! No tak, to ty wtedy uczyłeś ich jak się pali w piecu… – zaśmiałam się na to wspomnienie. – A ja zdecydowanie wolę drewno na opał, za nic nie oddałabym tego trzaskania i zapachu…

– Ja też. – przytaknął Krzyś. – Ale niech mają, przywieziemy im ten węgiel.

Najpierw jednak pojechaliśmy do niewielkiego tartaku brata pana Bolka dwie wsie dalej. Znalezienie go miało być proste, ale wskazówki okazały się nieco nieścisłe i wylądowaliśmy zupełnie nie w tym miejscu.

Okolica cudna, zielona i górzysta, ale tartaku – ani śladu.

– To pewnie nie o ten most chodziło. – uznałam. – Przejechaliśmy niewłaściwym.

– Pewnie tak, ale wszystko się zgadzało: most, sklep, nawet ta ławka…

– Dobra Krzychu, zawróćmy, wejdę i dopytam w sklepie.

Chwilę później założyłam maseczkę i wesoło wbiegłam do małego sklepu spożywczego na rogu. Za ladą krzątała się miła, szczupła brunetka, która na mój widok uśmiechnęła się szeroko pod przezroczysta przyłbicą.

– Pani Jadzia? – zdziwiłam się. – Co pani tu robi?!

– Ano pracuję tu, pani Marylko, a co pani tu robi?

– Szukam tartaku Jurka Kozoka. – wyjaśniłam. – Nie wie pani, gdzie to?

Pani Jadzia uśmiechnęła się znowu.

– Ja nie wiem, ale mam informatorów. Chodźmy, tędy bliżej.

Posłusznie podążyłam za panią Jadzią tylnym wyjściem, przez zaplecze. Za niewielkim placykiem otoczonym skrzynkami i kontenerami, stało kilka obdrapanych ławek niemal wrośniętych w żywopłot. Dwie z ławek – a jakże! – okupowane były przez amatorów piwa tudzież żubrówki, sądząc po towarzyszących im szklanych opakowaniach.

– Chłopaki, znacie tartak Jurka Kozoka? – krzyknęła w ich kierunku pani Jadzia, córka Aneczki z Wisniowej.

– A coby nie? – odezwał się młody blondyn z papierosem podrygującym w ustach. – A co fcecie?

– A to pan jest Jurek Kozok? – spytałam. – Dzwoniliśmy z synem w sprawie podbitki.

Mój rozmówca energicznie potrzasnął głową, aż papieros wypadł mu z ust.

– Nie, ka tam, ady Jurek to śwagier Damiana jest. Tam, w tamtom droge pójdziecie, tako kaplicka bedzie, to za tom kaplickom skryńcicie w prawo. Łostatnio chałpa Jurkowo, łatwo traficie.

– Za kaplickom w lewo, a nie w prawo! – sprostował chudy towarzysz blondyna. – W lewo!

– Ka w lewo, jak w prawo mos droge! – oburzył się blondyn, otrzepując z pyłu podniesiony papieros. – W prawo!

Tak się zapamiętali w tym sporze, że najwyraźniej zapomnieli o moim istnieniu, a pani Jadzia pociągnęła mnie z powrotem do sklepu.

– Pani Marylko, ja chyba wiem, to będzie za kapliczką w lewo, tam innej drogi nie ma. Trafi pani.

Podziękowałam, kupiłam Krzychowi colę i wróciłam do auta. Po lekkim kluczeniu wiejskimi drogami, znaleźliśmy tartak i piękny drewniany dom położony w urokliwej kotlinie, załatwiliśmy sprawę z Jurkiem Kozokiem, pogawędziliśmy z jego córką i ruszyliśmy do hurtowni Wiecha po węgiel dla Mateusza i Lilki.

Po drodze „zgarnęliśmy” jeszcze Kasię z zakupami, czekającą na nas jak zwykle w umówionym miejscu przy drodze. Pogoda była cudna, słońce przygrzewało mocno, ale w czystym górskim powietrzu nie było to uciążliwe. Wesoło wjeżdżaliśmy na Groń, dzieląc się z Kasią aktualnościami remontowymi.

Przy domu Mateusza zatrzymaliśmy się, a Krzyś wysiadł żeby otworzyć bagażnik.

– Dostawa węęęęęgla! – krzyknęłam przez okno.

Mateusz podbiegł i zaczął wyładowywać ciężkie worki, a Kasia spojrzała na mnie okrągłymi ze zdumienia oczami:

– Prawdziwy węgiel? Byłam pewna, że mówicie o drzewnym!

Parsknęłam śmiechem, jak wcześniej Krzyś.

– Wiesz, musiałam mieć taką samą minę jak ty, też byłam pewna że mówimy o drzewnym.

– To oni grzeją węglem? Dziwne… – pokręciła głową Kasia. – Ja za nic nie zrezygnowałabym z tego zapachu i z tych odgłosów trzaskania w piecu…

Uśmiechnęłam się, słysząc jakby echo swoich własnych słów.

Po chwili dojechaliśmy przed nasz dom i po szybkim obiedzie zabraliśmy się do pracy.

A drewna na opał mamy teraz zapas wielki, wystarczy na kilka dobrych zim, nawet jeśli podzielimy się nim z Kasią! 😊

  

2 thoughts on “W poszukiwaniu tartaku i węgiel na Groniu… ;-)

  1. O, to Tośka już w domu…. Ciekawa jestem jak znosi „niewolę”. W górach miała raj, wakacje, wolność… Maryl, może ja zorientuję się u siebie odnośnie pracy? Tylko to daleko by było od Ciebie. Napisz, to popytam.

    1. Tośka chyba rzeczywiście tęskni za górami…
      Tutaj i tak ma podwórko do dyspozycji, swoich ulubionych wrogów do oprychiwania i pogonienia (koty sąsiadów), ale czasem włazi do transporterka i duma… W górach rzeczywiście miała raj. 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *