Spacery coraz dłuższe i dziurawy dach bacy… ;-)

Spacery coraz dłuższe i dziurawy dach bacy… ;-)

4 stycznia 2021

Jupi, dziesięć minut słońca więcej! 😊

Zrobiłam też sobie nieco dłuższą wędrówkę doliną, choć jeszcze bez szaleństw, dziesięć kilometrów jednak to też zadowalający odcinek. Bez zadyszki, zero wyczynowości, za to spacer bajeczny. Załatwiłam parę spraw w leśniczówce i Urzędzie Gminy, zrobiłam niewielkie zakupy w kilku sklepach i z przyjemnością zauważyłam, że we wszystkich tych miejscach spotkałam dziś bardzo sympatycznych ludzi.

Pogoda też jest całkiem przyjemna, choć takie sześć na plusie sprawiło, że wszystkie podmarznięte błota rozciamkały i rozmlaskały się na potęgę. Wygodnie zeszłam po stromych żwirowych schodkach do ścieżki, ciesząc się że nie muszę już tędy zjeżdżać, jak to wiele razy bywało, ale spory kawałek drogi nieźle musiałam się gimnastykować, żeby ominąć najgłębsze błotniste kluchy i bajora. Podwinęłam więc nogawki i naciągnęłam na nie skarpety, jak tylko wysoko sięgnęły, żeby nie straszyć później pochlapanymi spodniami w urzędach i sklepach. Oczywiście, z tak malowniczo zaaranżowanymi łydkami przemaszerowałam dodatkowo pół Modrzewiska, dopiero jakiś mały, rozszczekany futrzaczek sprawił że spojrzałam w dół i przypomniałam sobie o owej dziwacznej arażancji poniżej kolan, po czym pośpiesznie ją zlikwidowałam. Po tej zmianie psiak najwyraźniej dostrzegł we mnie człowieka, bo spokojnie wrócił na swoje podwórko i pozwolił mi odejść bez przeszkód.

Kiedy wracałam, podwinęłam znowu nogawki dżinsów, więc udało mi się ich nie zachlapać, choć buty wymagają solidnej kąpieli z szorowaniem, ale to pewnie zrobię jutro, kiedy resztki błota wyschną i dadzą się nieco zeskrobać.

Telefon rozśpiewał mi się w torbie, kiedy tylko – już w klapkach – przekroczyłam próg izby.

– Rafał? No, cześć, jak miło cię słyszeć! Co tam?

– Hej, Maryla, wszystkiego dobrego na ten nowy roczek! – zahuczał znajomy głos. – Gdzie jesteś?

– Yyyy… – zawahałam się. – Zależy, jak dokładnie chcesz wiedzieć. Na Groniu, w izbie, w kącie kuchennym stoję. Właśnie wróciłam z zakupów. A co?

– Bardzo ładna, wyczerpująca odpowiedź, dziękuję, Penelopo. – roześmiał się Rafał. – Spotkamy się?

Teraz to ja huknęłam śmiechem.

– Hej, pomału, a gdzie ty jesteś? W Polsce? W Węgierskiej Górce?

– Jesteśmy w drodze. Remont rozgrzebany, muszę trochę przypilnować, ale tak przede wszystkim to służbowo przyjechałem do Polski, a potem parę dni urlopu mam.

– Tereska jest z tobą?

– Tak, ale ona zostaje u siostry, sam przyjadę do Górki. Nie znasz jakiejś dobrej firmy dekarskiej?

– Sprawdzonej nie, ale niedawno poznaliśmy kogoś z takowej ekipy z Żywca. Mogę dać ci namiar.

– Super. A słyszałaś, jak to baca dach naprawiał?

– Baca? – zdziwiłam się, myśląc że chodzi o naszego kolegę Tomka zwanego na studiach „Bacą”. – To on ma dom?

– Aaa, nie, taki kawał mi się przypomniał: Schronił się turysta w bacówce przed deszczem, a tam na głowę z dachu mu się leje. Pyta więc: „Baco, a czemu to nie naprawicie sobie tego dachu, okropnie cieknie!” A baca na to: ”Ano, panocku, przecie dysc leje”. „Ale jak nie leje, to wtedy trzeba by naprawić!” – drąży turysta. A baca na to: ”Ady wtedy nie cieknie!”

– Hehehe, jak rozumiem, preferujesz podejście turysty, nie bacy. A dach macie do wymiany czy tylko naprawy?

 – Właściwie sam nie wiem, raczej naprawa wchodzi w grę. To się odezwę, jak będę już w Górce, pojutrze chyba. Albo popojutrze.  

– Dobra, to trzymaj się i życz Teresce ode mnie wszystkiego dobrego.

Rozbawił mnie ten nasz „Odys”. Niby ustatkował się i sporządniał, ale odrobina wariactwa nadal w nim tkwi. I to chyba dobrze.

Słońce zachęcająco świeciło nad Groniem, wyszłam więc dziś z kocem posiedzieć na progu i wypić popołudniową kawę. W lesie poniżej tiurlitał jakiś ptak, podjęłam dyskusję, starając się naśladować jego głos, a on zawzięcie odpowiadał. Całkiem sympatyczna pogawędka nam z tego wyszła, choć zupełnie nie wiem na jaki temat. Przerwały ja dopiero nieznane mi głosy dwojga ludzi, zbliżające się stromą ścieżką przez „Bramiszcze” do domu Huberta.

Dobry kwadrans owa dwójka obchodziła Hubertową posesję, omawiali coś to po jednej, to po drugiej stronie domu. Wyniosłam siekierę i zaczęłam tymczasem rąbać drewno, przyglądali mi się chwilę, ale obyło się bez powitania, a ja przez krzaki nie rozpoznałam kto zacz.

Hm, Hubert powtarzał, że właścicieli ma ten jego dom mnóstwo, trudno dojść nawet ilu. Dlatego nie mógł sprzedać mi tego kawalątka pola przed naszą werandą, choć pozwolił mi je ogrodzić i traktować tymczasem jak swoje, bo w przeciwnym wypadku zarosłoby i zostało zryte doszczętnie przez dziki, jak to przez lata bywało.

Huberta już nie ma, nikt poza nim nie opiekował się od lat tym starym domem, może teraz rodzina uznała, że warto jednak sprzedać nieruchomość i podzielić się zyskiem? Co będzie z tym poletkiem przylegającym do naszego podwórka? Muszę skontaktować się z którymś z dzieci naszego zmarłego sąsiada, gdyby sprzedawali całą własność, może ten kawalątek wtedy zgodziliby się sprzedać mnie?

Tymczasem słońce zaszło za góry, skrzydlaty dyskutant przestał tiurlitać i za oknami zapanowała wieczorna cisza. Niedługo o tej porze będzie można jeszcze chodzić po lesie i cieszyć się słońcem, ale jeszcze trzeba przetrwać zimę, przecież ta z pewnością się wkrótce tutaj rozgości. Jak co roku, taka prawdziwa, ze śniegiem przynajmniej po kolana. Może jednak będzie dla mnie na tyle łaskawa, że pozwoli mi nacieszyć się swobodą kroków do końca mojego urlopu? 😊

  

2 thoughts on “Spacery coraz dłuższe i dziurawy dach bacy… ;-)

  1. Witam Maryl i pozyczam z calego serca: zdrowia, spokoju, optymizmu, weny, radosci, harmonii, powodzenia, szczescia, pogody ducha oraz zeby wszechswiat Ci sprzyjal i zeby pomocne dlonie pojawialy sie kiedy beda potrzebne.
    Monika

    1. Dziękuję z serca! 🙂
      I Tobie życzę wszystkiego czego dla siebie pragniesz! Szczęśliwa bądź! 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *