Szukanie pozytywów i mrożona poziomka w drodze… ;-)

Szukanie pozytywów i mrożona poziomka w drodze… ;-)

7 stycznia 2021

Rafał złapał paskudne przeziębienie tudzież chandrę jakąś – jeszcze bardziej paskudną, z naszego spotkania więc nic nie wyszło, ucięliśmy sobie jedynie dłuższą pogawędkę telefoniczną, podczas której on narzekał przezabawnym głosem zmienionym przez katar, a ja starałam się go rozbawić, wynajdując dobre strony każdej sytuacji nad którą biadolił, a te głównie związane były z remontem domu w Węgierskiej Górce, gdyż jego ekipa zrobiła niewiele i niedobrze, a wczoraj świętowała co do jednego i nie sposób się było z nimi porozumieć.

– Rafał, we wszystkim można znaleźć pozytywy! – pocieszałam kumpla, jak mogłam, choć z efektem miernym raczej.

-Jeśli mówisz o zdjęciach, to z pewnością! – fukał.

Pogoda nie zachęcała wczoraj do dłuższych spacerów, zmieniając się co kwadrans, zrobiłam więc sobie jedynie krótki obchód Gronia, ze zwyczajowym przeglądem śladów wokół chat. Na wszelki wypadek powiadomiłam czworonożnych mieszkańców Gronia grzechotaniem o swojej obecności, bo krótko przede mną musiały wędrować Zadomiem Wielkim jelenie: trzy mniejsze i jeden pokaźny byk. Tropy były świeżo wygniecione w śniegu i błocie pod nim, nic jeszcze nie zdążyło ich przysypać. Do tego kilka kun i innych mniejszych zwierzaków, dzików tym razem ani śladu, niedźwiedzia takoż. Śnieg za to kilkakrotnie pędził ku ziemi stadami gęstymi na łeb, na szyję, nie zabawiłam więc długo poza domem, z przyjemnością wróciłam do ciepłego wnętrza.

Trochę porysowałam, posłuchałam muzyki i poczytałam książkę, spakowałam do torby wypełnione dokumenty do Urzędu Gminy i tak leniwie, miło i nieśpiesznie spędziłam wczorajsze godziny dnia.

Dziś za to wstałam dość wcześnie i nie zważając na ciemne, szare chmury wiszące nisko za oknami, przygotowałam się do wędrówki w dolinę. W ostatniej chwili postanowiłam jeszcze zrobić kopie dokumentów, które wczoraj tak skrupulatnie wypełniłam, nie mogąc liczyć tu na odbitki ksero zrobiłam zdjęcia każdej kartki z osobna i schowałam papiery z powrotem do teczki.

Gotowa już do wyjścia, stanęłam w drzwiach izby i obrzuciłam wzrokiem pomieszczenie, dopiero wtedy zauważyłam listę zakupów leżącą na szafce przy łóżku i z ulgą spakowałam ją do torby. Wielce zadowolona z siebie, założyłam buty, wyszorowane wczoraj podczas spaceru na śniegu i zamknęłam drzwi chatki.

Powietrze było matowe, poszarzałe, jakby słońce miało dzień wolny i zamierzało calutki przespać. Sceneria dość ponura, trzeba przyznać: nieruchoma cisza i półciemność jakby zaraz miał zapaść zmrok, albo lunąć wielki deszcz z tych sinych poduch nisko nad ziemią. Przy domu Mateusza chwilę się zawahałam: może jednak dziś sobie odpuszczę? Może zejdę jutro, kiedy pogoda jakoś się ustali? Jednak uznałam, że sprawa w Urzędzie jest priorytetowa i należy ją załatwić jak najszybciej, zdecydowanie więc ruszyłam przed siebie i zagłębiłam się w las.

Przeszłam Bramę Mocarnych i zbliżałam się do „trzepniętej jodły” (piorunem trzepniętej!), dopiero tam wyciągnęłam z kieszonki torby tic-taki i zagrzechotałam delikatnie, i natychmiast stanęłam jako ta jodła po trzepnięciu.

W świerkowym zagajniku po lewej stronie rozległy się paniczne stukoty, fukanie, prychanie i trzask łamanych gałęzi, a niewielkie drzewka zatrzęsły się, zrzucając z igieł resztki śniegu. Wszystko to jakieś pięć-siedem metrów przede mną, stałam więc bez ruchu i udawałam przerośnięty krzaczek poziomki, bo nagle zrobiło mi się gorąco i rumieńce na twarzy niewątpliwie miałam jako ten wdzięczny owoc. Nie był to efekt wielkiego strachu, a raczej zaskoczenia. Niby zawsze wiem, że zwierzęta gdzieś w tych gąszczach są, ale zupełnie inaczej jest zobaczyć je z daleka, a usłyszeć jedynie z tak bliska, nie wiedząc jednocześnie co zacz. I nie pierwszy raz to, ale zawsze wrażenie jest w pierwszej chwili dość nieprzyjemne.

Znowu przez moment miałam ochotę zawrócić, ale wolałam jednak nie wykonywać żadnych ruchów.

Po jakiejś – mocno rozwlekłej – minucie dudniące i prychające odgłosy oddaliły się głębiej w las, musiały to być jelenie, zaskoczone moim nagłym hałasowaniem. Cóż, kolejny raz przyszło mi pluć sobie w podbródek, że nie zaczęłam grzechotać jeszcze przed wejściem między drzewa, powinnam była się spodziewać zwierząt w tym miejscu, szczególnie przy takiej aurze.

Resztę drogi przemierzyłam szybkim marszem, do samego Modrzewiska grzechocząc delikatnie co kilka minut. Na dole, przy domu starego Piotra, zwolniłam już nieco, otworzyłam torbę by wyjąć z niej butelkę wody i nagle dotarła do mnie straszna myśl:

– Teczka! Zostawiłam teczkę!

Przybrałam powtórnie formę nieruchomej, zarumienionej z emocji poziomki, zastanawiając się co robić. Wracać? Dokumenty, po zrobieniu zdjęć, zostawiłam na stole! Co za skleroza ze mnie, przecież sprawdzałam czy wszystko wzięłam, wracałam jeszcze po kartkę z listą zakupów, a dużej teczki nie zauważyłam?!

Nie, jednak zdecydowałam się iść dalej i potraktować tę wyprawę jako zejście po zakupy, jutro pójdę specjalnie do Urzędu. Cóż, kolejny spacer mi nie zaszkodzi, wręcz przeciwnie, po paru miesiącach przerwy mogę nareszcie wędrować do woli, preteksty się same znajdują!

Uch. Skleroza ma wielką jest, jednak dzięki niej moja kondycja ma szansę ulec zdecydowanej poprawie. We wszystkim można znaleźć pozytywy. 😉

6 thoughts on “Szukanie pozytywów i mrożona poziomka w drodze… ;-)

  1. Witaj Marylko, rozbawiłaś mnie sytuacją z teczką i poprawiłaś humor. Ostatnio trochę częściej zdarza mi się zapomnieć o czymś i wściekać się o to na siebie. Bardzo brzydko wtedy o sobie się wyrażam.
    Świadomość, ze nie tylko mi się to zdarza jest więc dla mnie dość pocieszająca:)
    Wiem, że wściekanie się o różne bzdury jest bez sensu i każdego uświadamiałabym, że szkoda nerwów i zdrowia, ale w stosunku do siebie samej przychodzi to bardzo trudno.
    Życzę pogodnego , radosnego pobytu i satysfakcji z każdego spędzonego dnia w chatce i poza nią.

  2. Ależ bym była wściekła!!! Oczywiście na siebie!!!
    Myślę, że po przyjściu na Groń to pierwsze co zrobiłaś, to wrzuciłaś nieszczęsną teczkę do plecaka 🙂 Nawet nie ściągając butów 🙂

  3. Podziwiam i popieram pozytywne myslenie. Chociaz czasem latwiej jest komus przedstawic plusy jego sytuacji niz sobie samemu!
    Zamiast pluc na sytuacje – przyznajmy Marylce racje!

    1. Jasne, że łatwiej komuś… dlatego raczej to rozbawić miało, niż pocieszyć naprawdę. To jest nie takie proste. 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *