Belferskość niereformowalna i mróz jak z obrazka… :-)

Belferskość niereformowalna i mróz jak z obrazka… :-)

11 stycznia 2021

Jestem niereformowalna jednak. Belfer od podszewki, z obowiązkiem pod skórą. ☹

Cudowna pogoda wczoraj zachęciła mnie do spacerów, po śniadaniu poniosło mnie z domu precz, połaziłam więc trochę dołem, trochę górą, ciesząc się chrupotaniem przymarzniętego śniegu pod butami, słońcem na błękitnym niebie i nawet mrozem szczypiącym lekko w policzki. Popstrykałam nieco zdjęć wszystkim tym cudownościom dookoła, pozachwycałam się i nauśmiechałam do syta pełną gębulą, jako że w takim miejscu nie istnieje najmniejsza potrzeba zakładania maseczki.

Około południa wróciłam na Groń i z przyjemnością zagłębiłam się w ciepłe wnętrze domu. Ucieszyłam się wielce wiadomością o przyjeździe Krzysia pojutrze i zasiadłam przy stole zastanawiając się, na jakiej niwie by tu podziałać…

No i właśnie. Wzrok mój błądzący padł był na pokrowiec laptopa, w którym spoczywały spokojnie prace uczniów, przygotowane już na to, że szybko nie ujrzą światła dziennego.

– Dobra, raz ko… raz Maryli wypracowanka! – uznałam heroicznie, postanawiając „machnąć” zawartość jednej koszulki, zawierającej „letters of complaint” czyli listy ze skargą, napisane przez Maturzystów. Trzydzieści cztery sztuki zadań formatu A4, z czego postawiłam sobie za cel sprawdzić dziś i poprawić (czyli przeczytać, policzyć słowa, podkreślić błędy i nanieść uwagi, tudzież podsumować punkty i wpisać ocenę) jedenaście.

Odłożyłam grubiutką koszulkę na szafkę przy łóżku, gdzie najwygodniej mi się wykonuje tego typu pracę i pełna werwy zabrałam się za przygotowanie obiadu, w przelocie przynosząc jeszcze z mroźnego podwórka zapas drewna na opał i poukładałam spory jego stosik przy piecu.

Sałatka na obiad jak zwykle była wyborna, przy czym na tyle lekkostrawna, że bez wyrzutów sumienia postawiłam przy łóżku talerzyk z kilkoma ciastkami i kubek aromatycznej herbaty, stanowisko pracy więc miałam przygotowane na te dwie godzinki, jakie zamierzałam spędzić na poprawianiu uczniowskich wypowiedzi.

Taaaaak….

Co pewien czas wstając i dokładając drewno do trzaskającego miło ognia, robiąc kolejne herbaty i jedną kawę w ramach urozmaicenia, na chwilę zaledwie zaglądnąwszy w czeluści Internetu, nie zauważyłam nawet, kiedy za oknami zaczęło się ściemniać. Bez specjalnej refleksji pozasłaniałam zasłony, zapaliłam światło i pracowałam dalej, a czerwony czubeczek długopisu śmigał po kartkach, aż miło.

Miło tym bardziej, że i oceny wcale nienajgorsze przyszło mi wpisywać, najniższa z nich to „pół bałwanka”, jak nazywam trójkę, więc bez narzekania sięgałam po następne i następne kartki.

To jednak wielka satysfakcja, kiedy widzi się, że uczniowie zrozumieli i zastosowali większość wskazówek, jakie przekazywałam im na lekcjach, mam nadzieję, że i podczas pisania Matury będą o tym pamiętać. Z zadowoleniem więc kokosiłam się w moim gniazdku z wełnianego koca i poduszek, kreśląc kolejne piątki i czwórki.

Opamiętałam się, kiedy w izbie zrobiło się podejrzanie zimno, a w kubku została lodowata resztka rooibosa. Cóż, ogień trzeba było rozpalać na nowo, bo żaru pozostało w piecu niewiele, a tarcza mojego ulubionego zegara na ścianie wprawiła mnie w osłupienie: dwudziesta druga?!

Fukając i zżymając się na siebie, zjadłam lekką kolację i wzięłam szybki prysznic. Tyle godzin pięknego, urlopowego dnia poszło w dym równie szybko i niezauważenie, jak to drewno, którego jeszcze niedawno spory stos zalegał przy piecu w kącie, a teraz została marniuchna resztka. Termometr poinformował mnie z wyrzutem, że na zewnątrz jest ciepełko minus jedenaście, wdziałam więc gruby polar i błyskawicznie zgarnęłam kilka szczap z pryzmy tuż przy schodach.

Cóż, udało mi się ocenić większość prac, nie tylko te trzydzieści cztery listy, ale i dodatkowych kilkanaście. 😉

Dziś znowu wstaje słoneczny, zimowy dzień. W sieni ziąb jak zwykle, tu mroźne paseczki powietrza przeciskają się przez szczelinki między dechami starej podłogi i wpełzają do domu spod drzwi. Przy kilkunastostopniowym mrozie (a tak było tej nocy) temperatura w sieni spadła do zaledwie czterech stopni powyżej zera, dobrze że w łazience i komórce utrzymuje się dzielnie na wysokości dziesięciu, przed pójściem spać wyłączam wszystko i zamykam grube drzwi dzielące komórkę od sieni. Jednak ten wiatrołap od „rufy” jest niezbędny, ale i podłogę tutaj powinniśmy doszczelnić, jest co prawda wspaniała, z grubych dech i w całkiem dobrym stanie, więc tej „sieniowej” akurat nie zamierzaliśmy wymieniać, ale nawet dwumilimetrowe szpary, które latem nie stanowią problemu, teraz działają jak mroźny nawiew. Najszersze z nich wypełniłam wklejonymi drzazgami, ale jeszcze sporo zostało.

W izbie za to jest cieplutko i nocą nie czułam zupełnie pory roku na zewnątrz. Owszem, pierwszą czynnością rano jest rozpalenie ognia w piecu, ale ciepło długo się trzyma, choć dwie ściany przecież są nieocieplone, niezaizolowane dodatkowo niczym poza deskami.

I cóż tu zrobić z tak miło rozpoczętą jednostką kalendarzową zwaną dniem?

Przyznam, że śliska, zamarznięta ziemia nieco stopuje moje trampowskie zapędy, może wędrówkę w dolinę zostawię sobie na jutro, skoro przyjeżdża Krzyś i razem będziemy mogli wjechać z powrotem na Groń, zaopatrzeni we wszelkie potrzebne sprawunki? A może jednak zafundować sobie dziś tę zwyczajową siedmiokilometrówkę? Na sprzątanie i tak czasu będzie dość, a wieczorem postanowiłam sprawdzić resztę prac przywiezionych tutaj, będę mieć je z głowy. Ta obowiązkowość pod skórą jednak nieco świerzbi i niepokoi.

Hmmm, a spacerek w słońcu jednak kusi…  

Zobaczy się. Tak czy inaczej, muszę wyjść nieco później, żeby nie trafić znowu na godziny dla seniorów, bo to wszak jeszcze nie moja grupa wiekowa, choć znad maseczki nie musi to być takie oczywiste. 😉

Dzień zaczyna się wspaniałym, pogodnym spokojem i niech taki pozostanie. 😊  

      

3 thoughts on “Belferskość niereformowalna i mróz jak z obrazka… :-)

  1. Ze szkołą jako miejscem pracy nie mam już dawno do czynienia, a jeszcze czasem śni mi się brak odpowiedniej liczby ocen w dzienniku albo spóźnienie na lekcje z różnych przyczyn losowych, którego to spóźnienia nijak nie mogę zgłosić do dyrekcji. No koszmar, po prostu 🙂
    Za to poranek jest wtedy boski – nic już nie muszę.
    Życzę Ci, Marylko, jak najprędzej tego swobodnego stanu, jeśli oczywiście należysz do ludzi, którzy mogą żyć bez szkoły (w sensie instytucji).
    A tej pięknej zimy to zazdroszczę, nie da się ukryć. Ostatnie słonko widziałam jakoś w święta.

    1. Och, bez instytucji – jak najbardziej żyć mogę, nawet tęsknię za tym stanem, kiedy już nie będę musiała…
      Sny – doskonale takie znam, chyba każdy nauczyciel je miewa. 😉
      Słonko chętnie bym podesłała, nie znam jednak sposobu transportu…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *